Szukaj
  • Piotr Krzyżan

Nasz pierwszy projekt


Są takie rzeczy, które pamięta się na całe życie. Pierwszy pocałunek, pierwszy samochód, pierwsza praca. Dziś zamierzam opowiedzieć o naszym wyjątkowym, pierwszym poważnym zleceniu wzorniczym.



Do projektu dołączyliśmy zupełnym przypadkiem. Można by rzec, że znaleźliśmy się w odpowiednim miejscu o odpowiedniej porze. Później po prostu podjęliśmy odpowiednie kroki w myśl zasady, iż szczęściu trzeba dopomóc.


Rzecz działa się, kiedy byliśmy jeszcze na studiach licencjackich. Mówiąc „my” mam na myśli siebie wraz z moją partnerką Celiną, z którą obecnie tworzymy studio. Miejscem akcji był uczelniany korytarz Uniwersytetu Technologiczno-Przyrodniczego w Bydgoszczy, na którym siedzieliśmy w oczekiwaniu na zajęcia. W pewnym momencie podszedł do nas doc. Franciszek Bromberek. Miał informację, że jest uczelniany projekt, do którego potrzebni są projektanci, i czy ktoś z nas jest chętny dołączyć. Trzeba Wam wiedzieć, że docent ma zawsze ogromną bazę rozmaitych inicjatyw. Ta jednak dotyczyła bezpośrednio naszego przyszłego zawodu, więc od razu zaświeciły się nam oczka. Jedyne informacje, jakie otrzymaliśmy, to zdjęcie prototypu na telefonie. Nie znaliśmy żadnych szczegółów, jednak od razu się zgodziliśmy. Wyzwania zawsze stanowiły dla nas paliwo do działania.


Kilka dni później zostaliśmy zaproszeni do koordynatora projektu- doktora Stanisława Junga. Podczas bardzo miłego spotkania zostaliśmy wprowadzeni do projektu. To, co zastaliśmy, było wielkim, ciężkim i kanciastym prototypem urządzenia mającego pomóc w rehabilitacji osób po uszkodzeniu stawu promieniowo-nadgarstkowego. Zasada działania była już opatentowana, więc zadaniem osób, które miały dołączyć do zespołu, było zamienienie projektu w produkt, czyli zatroszczyć się o wygląd i kwestie produkcyjno-materiałowe. Jak to powiedział doktor: sprawcie, żeby był seksi.


Pierwotna wersja projektu, fot. własne.


Co ważne, byliśmy dopiero w trakcie trzeciego roku studiów. Wciąż dużo rzeczy było dla nas trudne. Mimo to, postanowiliśmy podjąć wyzwanie. Złożyliśmy swoją ofertę w konkursie na projekt i wykonawstwo prototypów. Wymagało to złożenia ogromnej ilości papierów. Kto kiedykolwiek miał do załatwienia jakąś sprawę w placówce państwowej, zapewne jest w stanie wyobrazić sobie, z czym mieliśmy do czynienia. Na szczęście trafialiśmy na same sympatyczne i pomocne osoby, które bardzo wsparły nas w całym procesie. Gdy dokumenty zostały zatwierdzone, rozpoczęło się oczekiwanie na wynik konkursu.


Udało się! Wygraliśmy realizację zarówno projektu, jak i wykonawstwa. Dobre złego początki, można by rzec. Wtedy jeszcze tego nie wiedzieliśmy, ale właśnie wpakowaliśmy się w ogrom pracy, przypadający dokładnie w sam środek sesji.


Czasu na wszystko było mało. Nie mogliśmy traktować po macoszemu ani studiów, ani projektu. Najgorsze było to, że nie mieliśmy absolutnie żadnego pojęcia, jak zabrać się za proces projektowy, żeby wszystko miało ręce i nogi. Działaliśmy po omacku i intuicyjnie. Dość szybko wyznaczyliśmy sobie konkretne założenia, na podstawie których powstały pierwsze koncepcje. Zostały przyjęte bardzo ciepło, więc można było zacząć budowę prototypu.

I tu nastąpiła kumulacja problemów. Dowiedzieliśmy się, że prototyp ma zostać wykonany błyskawicznie, ponieważ musi zostać wystawiony na targach w Czechach. Mimo, że czasu mieliśmy i tak za mało, a roboty tylko przybywało, musieliśmy jeszcze podwoić wysiłki. To był okres w naszym życiu, kiedy na sen trzeba było sobie zasłużyć.


Kiedy myśleliśmy, że już mamy wszystko pod kontrolą, los znowu dał nam pstryczka w nos. Większość części prototypu miała zostać wykonana w uczelnianym warsztacie. Niestety, mimo bogatego wyposażenia, nie podołał on naszym wymaganiom. Czas było wyruszyć w miasto.

Tutaj otrzymaliśmy już nie pstryczka w nos, tylko solidny cios w szczękę. Spotkanie z przemysłem było istną szkołą życia. Na pytanie o wykonanie pojedynczych elementów, dostawaliśmy w odpowiedzi wyceny na ogromne sumy, śmiech wraz z wykładami na temat technologii „nie dla dzieci” (wyglądamy dość młodo, przez co ani razu nie zostaliśmy potraktowani poważnie) lub, kolokwialnie mówiąc, zostawaliśmy olani bez żadnej odpowiedzi.


Sporo cennego czasu zmarnowaliśmy odbijając się od ściany nie do przebicia w postaci przemysłu. W końcu zostaliśmy utwierdzeni w przekonaniu, że jeśli chcemy dociągnąć zlecenie do końca, musimy zmienić strategię i samemu zająć się prototypem. Po krótkiej burzy mózgów zdecydowaliśmy, że poprzednie założenia trzeba przemianować i tym razem postawić tylko i wyłącznie na druk 3D.


W tym miejscu chciałbym przeprosić wszystkich sąsiadów w bloku. Nasza drukarka chodziła od rana do wieczora przez tygodnie. Była przeraźliwie głośna i stawiam dolary przeciwko orzechom, że była słyszana w każdym mieszkaniu w całym budynku.


Zanim pożeniliśmy geometrię projektu z możliwościami taniej, chińskiej drukarki 3D oraz ustawieniami druku, minęło sporo dni. Kiedy byliśmy umiarkowanie usatysfakcjonowani wynikiem, przystąpiliśmy do produkcji. Wszystkie elementy pierwszego modelu drukowały się ponad 120 godzin. Postprocessing (usuwanie podpór, wiercenie otworów, czyszczenie gwintów, łączenie elementów podzielonych na części) pewnie drugie tyle. Nieustannie dokonywaliśmy poprawek modelu, a było ich bardzo dużo. Niemniej, udało nam się wyrobić z pracą i finalnie model na targi pojechał.


Model wysłany na targi, fot. własna


Tam nastąpił przełom. Model z miejsca urzekł zwiedzających. Wedle relacji doktora Junga, każdy przechodzący chciał wsadzić rękę do urządzenia i przetestować jego działanie. Zaowocowało to szybkim uszkodzeniem sprzętu, jednak i my, i doktor, braliśmy pod uwagę jednorazowość prototypu.


Model po kilku dniach wrócił do kraju, przywożąc z sobą złoty medal Internalional Exhibition of Technical Innovations, Patent and Inventons oraz pieszczotliwą nazwę „bejbi”. Duma nas rozpierała. Założenia żółtodziobów okazały się trafione, pierwszy w życiu projekt okazał się ogromnym sukcesem. Dało to nam ogromnego kopa!


Relacja z targów

źródło http://wtiich.utp.edu.pl/zloty-medal-na-invent-arena-2018/


Kolejne prototypy wychodziły coraz lepsze. Poprawiliśmy stabilność, udoskonaliliśmy ergonomię, zamontowaliśmy wyprodukowane samodzielnie, dostosowane do tego konkretnego modelu, sprężyny. Po kolejnych setkach godzinach drukowania i postprocessingu staliśmy się rodzicami 4 „bejbusiów”. Żal nam było się z nimi rozstawać, jednak wiedzieliśmy, że trafią do dobrego miejsca. Tym miejscem były gabinety rehabilitacyjne, ponieważ produkt czekały testy kliniczne. Na koniec tylko zdradzę, że projekt zdał je na 5 z plusem!


"Bejbi" na wystawie organizowanej na UTP w Bydgoszczy

źródło: http://www.radiopik.pl/126,93,audycja-z-17-grudnia-2018&sp=1


„Bejbi” pojawiał się wielokrotnie w telewizji, w radio i na wystawach uczelni. W swojej pierwotnej wersji trafił nawet na baner promujący uczelnię i okładkę magazynu Format 2.0 wydawanego przez UTP. Każda wzmianka i nagroda wywoływała uśmiech na naszych twarzach. Czuliśmy się jak rodzice obserwujący sukces swojego dziecka.


Urządzenie w obiektywnie RMF

źródło: https://twojezdrowie.rmf24.pl/czlowiek/narzady-ruchu/news-ten-wynalazek-pomaga-odzyskac-sprawnosc-w-rekach,nId,2873381


Mimo trudów, nieprzespanych nocy, ogromnych kosztów finansowych, stawiających znak zapytania w kwestii zysku materialnego całego przedsięwzięcia, był to w pełni udany projekt. Wiedza, którą dzięki niemu otrzymaliśmy, jest nie do opisania. 3,5 roku studiów nie nauczyło nas tak wiele, jak te kilka miesięcy pracy. Umiejętności konstruowania, modelowania 3D, metod rapid prototyping czy ogólnego podejścia do zleceniodawcy nawet nie poszybowały w górę, tylko wzleciały z impetem rakiety kosmicznej Falcon Heavy. Lepszego pierwszego samodzielnego zlecenia, prawdę mówiąc, nie jestem w stanie sobie wyobrazić!



Wizualizacja 3D prototypu, fot. własne

348 wyświetlenia

W PUNKT - design studio

projektowanie 

wzornictwo 

architektura wnętrz

kontakt

©2020 by W PUNKT.